(ur. 1988)
Wykształcenie: Akademia Sztuk Pięknych w Poznaniu, Wydział Komunikacji Multimedialnej, Pracownia Fotografii prof. Piotra Wołyńskiego.
Wystawa indywidualna: 2010 – Ślad pamięci, ul. 27 Grudnia, Poznań
Wystawa zbiorowa: 2010 – Nieoczywiste, Stary Browar, Poznań
- Makatka | Pan Karczewski
- Garnitur | Krzesło
- Lustro | Pani Świacka
- Pan Tadeusz Karczewski, miejscowość Piertanie, video
- Pani Walentyna Świacka, miejscowość Aleksandrowo, video
- Pan Zdzisław Stankiewicz, miejscowość Ludwinowo, video
Twarz i miejsce – melancholia etnografii
Niegdyś, gdy żyliśmy przez lata w jednym miejscu, obecność nasza i naszych przodków naznaczała miejsca. Współcześnie takich miejsc już niemal nie ma. Dzisiaj przemieszczamy się bezszelestnie z jednego mieszkania do innego, kupujemy dom na kredyt i później go sprzedajemy, by kupić większy. Miejsca nas nudzą, chcemy ciągle innych, piękniejszych, ciekawszych. Staliśmy się nomadami, którzy opuszczają teren, gdy wyczerpią jego zasoby. Wyjeżdżamy, gdy wyczerpie się wrażenie nowości. Jesteśmy przyzwyczajeni do szybkiego przemieszczania się, do bezśladowego przepływania przez miasta i kontynenty. Czy tęsknimy za domem?
Michał Zieliński w swoich fotografiach próbuje odnaleźć te miejsca, w których trwanie, związek z otoczeniem, ze ścianami, sufitem i podłogą odczuwalny jest natychmiast. A poprzez miejsca odnajduje ludzi, którzy je zamieszkują. Bohaterowie fotografii zgodzili się, by ich portrety umieszczono na ścianach domów, w których mieszkają. Zapewne wymagało to długotrwałych negocjacji, przekonywania o celowości artystycznego działania. Bo wświetlenie wizerunku w ścianę własnego pokoju może wydawać się ekstrawagancją, dziwacznym kaprysem artysty. Następnie Zieliński powraca na tę specyficzną „scenę zbrodni” i fotografuje swoich modeli obok fotograficznego cienia na ścianie. Zostawienie fotograficznego śladu na ścianie przywołuje legendę powstania pierwszej fotografii1 – Pliniuszowy mit o dziewczynie, która obrysowała cień odchodzącego kochanka na murze, by zachować pamięć o nim. Ta ucieleśniona w cieniu nostalgia za obecnością żywej osoby jest też nostalgią, odczuwaną przez obserwatora, który wie, że to, co widzi już w momencie obserwowania skazane jest na zniknięcie. Zieliński utrzymuje swoje fotografie w konwencji fotografii etnograficznej, konwencji wypracowanej tak przez badaczy innych kultur (jak Margaret Mead czy Gregory Bateson) lecz z tych zdjęć przebija też cień socjologicznych zapisów Augusta Sandera i Zofii Rydet. Taki rodzaj fotografowania ma swoje reguły: fotografuje się postać, zwrócona twarzą w stronę obiektywu w jej otoczeniu. Także czarno-biała tonacja przypomina o tym historycznym modelu obrazowania. Jednocześnie wprowadza ważny kontekst etnograficznej melancholii. Etnograf, wchodząc w kulturę z zamiarem jej zapisu, jest świadom, że obraz, który pozostawi, będzie świadectwem kultury, której już nie ma, którą odmienił swoją obecnością i działaniem. Obserwator zawsze przychodzi za późno, niezdolny do pochwycenia życia, zbiera tylko opowieści, wspomnienia, rejestruje obraz nieruchomych przedmiotów.
Te fotografie byłyby jednak tylko pięknymi portretami dawnych mieszkańców Suwalszczyzny, gdyby nie druga, filmowa część realizacji. Na zdjęciach ich bohaterowie siedzą prosto, jakby zaniepokojeni tym, że obcy zapisuje ich obecność w tym pokoju, który był zwyczajny, codzienny, gdzie byli „u siebie”, a teraz naznaczony portretem stał się dziwnie monumentalny i pomnikowy. Całą tę „nieswojość” relacjonują nagrane przez autora rozmowy, w których – w trakcie prezentacji portretu na ścianie – pyta, co czują patrząc na tego powtórzonego „siebie”, czy rozpoznają się w tych zapisanych na ścianie, ukrytych skromnie za szafą lub makatką fotografiach. Odpowiedzi są trudne, jakby identyfikacja z obrazem sprawiała opór. Sfotografowani odczuwają ten sam dystans do własnego wizerunku co Roland Barthes, kiedy pisał, że o trudności rozpoznania siebie na zdjęciu i mikrodoświadczeniu śmierci. „Naprawdę staję się zjawą”,2 pisał w „Świetle obrazu”, a bohaterowie zdjęć nie potrzebują wcale erudycji filozofów, by ten lęk przed przemianą w zjawę rozpoznać. No widzisz będzie umarły”, mówi pan Karczewski patrząc na swój portret i zaraz dodaje: „zakryje się firanką i będzie dobrze”, próbując przywrócić temu miejscu pierwotny porządek zakłócony pomysłem fotografa.
Co znaczy zamieszkiwać jakieś miejsce? Można tłumaczyć to pojęcie filozoficznie, jak czynili to wielcy myśliciele, można też prościej – przez poczucie przynależności i tożsamości. Jestem stąd, bo tutaj spędziłem/spędziłam życie, bo zostawiłam/zostawiłem swój ślad, bo żyję w pamięci innych i inni żyją w mojej pamięci. Co jednak będzie, gdy zapomnę i inni zapomną o mnie? Fotografia ma świadczyć nie tylko o czasie, lecz także o przestrzeni. Jednak umieszczenie fotografii na ścianie okazuje się zabiegiem przewrotnym – w to, co znane i oswojone wprowadza niepokój, chociaż przecież miała być ilustracją przynależności. Dlaczego jednak fotografowani odbierają tę fotografię inaczej, niż portrety umieszczane „po bożemu” w ramkach, i tak stawiane na stolikach lub wieszane na ścianach? Czy dzieje się tak, z powodu specyficznej estetyki tych zdjęć, rezultatu własnoręcznego nakładania emulsji, przez co są mniej „gładkie” a zamiast tego bardziej zamazane i niewyraźne? Już w samych tych obrazach zawarta jest przemijalność.
Zdjęcia Zielińskiego są portretami podwójnymi, wizerunkami człowieka obok portretu. Można by nazwać je także inaczej, jako wizerunek człowieka, który postrzegamy jako żywego i jego cienia. Jedno zdjęcie jednak jest niepełne. Widzimy na nim tylko cień postaci. Przeczuwamy, że nieobecność tego „żywego” nie jest konsekwencją artystycznego chwytu, lecz rzeczywistych kolei losu. Bohater zmarł przed ostatecznym ukończeniem projektu. W opowieści o starych ludziach sfotografowanych w ich domach nie ma żadnej fikcjonalności, zmyślenia. To ich życie, ich odchodzenie i ich śmierć. Dlatego te fotografie tak nas dotykają i wydają się takie prawdziwe. Są próbą uchwycenia tego, co niewidzialne – więzi z miejscem. Kiedy znikną ludzie pozostaną tylko przedmioty i obrazy, fragmenty i ułomki. To one, dla nas, przychodzących z innego czasu i przestrzeni staną się świadectwem obecności tych, którzy postanowią ją odczytać na nowo. Czy nie zazdrościmy trochę bohaterom tych zdjęć? Może przemieszczamy się łatwiej, zmieniamy przestrzeń do życia jak rękawiczki, czy jednak nie brakuje nam „miejsca”, które moglibyśmy nazwać naszym? Gdzie pozostanie po nas ślad?
Marianna Michałowska
1 Mit właściwie „przystosowany” przez fotografów. Opowieść Pliniusza przez wieki ilustrowała wynalezienie malarstwa.
2 R.Barthes, Światło obrazu. Uwagi o fotografii, przeł. J.Trznadel, Wyd KR, Warszawa 1995, s. 25.







